Słowem o muzyce: The DOORS
W artykule zamieszczonym na łamach periodyku "Rock'N'Roll", tak na ich temat pisał Filip Łobodziński: "The Doors są dziś legendą, dla jednych niekwestionowaną, dla innych niezrozumiałą, dla jeszcze innych irytującą" ("Rock'N'Roll", nr 8/90). Choć niezwykle skrótowa, to tym bardziej zaskakująca swoją celnością to charakterystyka nie tylko istoty dziedzictwa samego zespołu, jak i jego recepcji przez miłośników muzyki. Stwierdzenie Łobodzińskiego prowokuje jednocześnie do indywidualnej refleksji. I być może wiedziony moją, pielęgnowaną od lat, niepokorą wobec opinii różnorakich muzycznych autorytetów (z całym szacunkiem dla tychże), stwierdzam, że nie należę tak naprawdę do żadnej z wymienionych powyżej grup. Czy też po części należę do każdej z nich?
Niekwestionowany jest na pewno wpływ, jaki na świat muzyki rockowej (i przecież nie tylko) miał zespół The DOORS. Ich najwcześniejsza twórczość brzmiała rewolucją... A jeszcze bardziej wpływowym okazał się być wzorzec idola rockowego, stworzony przez Jima Morrisona – natchnionego poety, pozostającego "pod wpływem", niezgadającego się z utartymi normami społecznymi, deptającego to, "co wypada"... Sami pomyślcie, jak wielu muzyków poszło w jego – autodestrukcyjne – ślady...
Zapewne nigdy już nie zrozumiem zachwytów nad twórczością The DOORS w ujęciu ogólnym. Albo inaczej – postrzegam ten zespół jako kometę świata muzycznego. Kometę, która tak pięknie rozbłysła na początku, by przecież już w okresie trzeciej płyty utracić większość swojego blasku. Dawna wspaniałość jaśniała już tylko momentami, niczym powracające jeszcze z oddali echo. Zaś momentami tymi były już coraz rzadsze w kontekście całych płyt, udane utwory. I tak jak to podobno jest w przypadku umierających gwiazd – tak i pod sam koniec The DOORS zapłonęli jeszcze w swoim "ostatnim tchnieniu", kiedy zagrali koncert w ramach Isle of Wight Festival w roku 1970, a zwłaszcza gdy ofiarowali światu niesamowite "Riders on the Storm"...
Wspominając w swoim artykule o irytacji, Filip Łobodziński miał na myśli przede wszystkim "czołobitność, z jaką fani podchodzą do wizjonerskich i dosadnych tekstów Morrisona" (cyt. tamże). Ja osobiście odbieram liryki i poezje Jima Morrisona jako często ciekawe. Ale właściwie nic ponadto. Co więcej, nie można się oszukiwać w kwestii zasadniczej prawdy – że kontekst czasów, w których Morrison szokował swoimi tekstami, jest już dawno miniony... Bez wątpienia jednak, to właśnie wokalista był tym najwazniejszym ogniwem The DOORS, "nerwem" zespołu. Gdy go zabrakło, dwie próby kontynuowania kariery pod popularnym szyldem, jakie podjęli pozostali muzycy, okazały się bezowocne. Z jednym wyjątkiem – utwór "Ships with Sails" byłby ozdobą każdej z płyt wydanych za życia Króla Jaszczurów...
Reasumując – według rozmaitych szacunków, na całym świecie sprzedano ponad 100 milionów egzemplarzy wydawnictw z logo The DOORS. Mi zaś w zupełności wystarcza składające się z 11 utworów "the best of", do którego link poniżej...


.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz