Słowem o muzyce: BLACK SABBATH "Heaven And Hell" (1980)



Rok 1980 był bardzo ważnym rockiem w historii metalu. W Anglii "wystartowała" NWOBHM, której wirus już wkrótce miał się rozprzestrzenić na większość kontynentu europejskiego, doprowadzając do wielkich przewartościowań i rewolucji w mocnej muzyce... Ale nie tylko młode wilki rzuciły się wówczas na podbój muzycznego rynku. Niejeden weteran decydował się zmienić to i owo w swoim graniu, żeby być bardziej na czasie. Jednym z takich zespołów było BLACK SABBATH.

Wszyscy wiedzą jak wyglądała historia odejścia z zespołu Ozzy'ego Osbourna i połączenia sił Tonny'ego Iommi z Ronniem Dio. Ja dzisiaj chciałbym się skupić na pierwszych rezultatach współpracy tych dwóch ostatnich z wymienionych. W 1980 wydana została płyta "Heaven And Hell". Jedna z najlepszych w całej, bardzo bogatej dyskografii Sabbatów.

Pamiętam dosyć dobrze jak kupiłem sobie "Heaven And Hell" na miejscowym straganie, w drodze do szkoły. Rozpakowałem kasetę (tak, tak - jestem na tyle stary, że kiedyś słuchałem muzyki tylko z kaset magnetofonowych) i od razu odpaliłem na swoim walkmanie (TAK, TAK!). No i momentalnie szczena mi opadła... Już pierwsze kilkanaście sekund "Neon Knights" to był dla mnie po prostu szok! Otóż w 1980 roku Iommi z kompanami zaskoczyli cały świat, wymiatając ni mniej ni więcej, tylko czysty chemicznie heavy metal. A co ciekawe, potrafili zagrać mocniej niż większość młokosów. Ich atutem było też doświadczenie, dzięki któremu kompozycje stały na wyższym poziomie niż to co zazwyczaj grała młodzież (może poza IRON MAIDEN).

Muzycznie "Heaven And Hell" jest bardzo zróżnicowaną płytą. Wspomniane już "rakietowe" otwarcie w postaci "Neon Knights", rozpoczynająca się delikatnie i z czasem nabierająca mocy, podniosła ballada "Children of the Sea", majestatyczny utwór tytułowy. Co jeszcze? No oczywiście niesamowite "Die Young", które oferuje cały wachlarz muzycznych doznać – spokojne i intrygujące dźwięki gitary na początku, gwałtowna część główna, potem znów uspokojenie w tajemniczym interludium a na zakończenie muzycy znów się rozpędzają. Płytę wieńczy krocząca miarowo ballada "Lonely Is the Word". Ale nie jest to żadna łzawa pościelówa – to rasowy numer, w którym Tony i koledzy zdołali stworzyć niesamowity klimat.

Na 8 utworów nagranych na płytę, pięć to prawdziwe killery. Oprócz wspomnianych powyżej, w programie albumu znalazły się jeszcze po prostu "dobre" "Lady Evil" i "Wishing Well" oraz jedyny faktycznie słabszy kawałek, czyli "Walk Away". Ale w ujęciu generalnym, całe "Heaven And Hell" jawi się jako płyta niesamowicie porywająca, utwory skrzą się od pomysłów i muzycznej inwencji. Zapadające od razu w pamięć melodie, ciekawe rozwiązania aranżacyjne. To wszystko okraszone zostało rewelacyjnym brzmieniem – jest jednocześnie i mocno i bardzo czysto i przejrzyście. Współodpowiedzialnym za produkcję krążka był Martin Birch, co wiele wyjaśnia...

I na koniec jeszcze – porównajmy sobie "Heaven And Hell" z totalnym gniotem, jakim był ostatni (w tamtej epoce) studyjny album nagrany z Ozzym, czyli "Never Say Die!". Więcej – "Heaven..." to najlepsze co Sabbaci nagrali od czasu "Sabbath Bloody Sabbath"...Uff, należy dziękować starożytnym bóstwom, że Osbourna zastąpił Dio...

P.S. autorem okładkowego malunku jest Lynn Curlee.

Komentarze

Popularne posty