Z historii muzyki: TSA "Tsa" (1983)

 



Po dziś dzień, niekiedy wracają echa odwiecznej już niemal dyskusji, który zespół jako pierwszy w Polsce zaczął grać muzykę metalową – TSA czy TURBO... Dywagacjom sprzyja fakt, że debiutanckie płyty obu formacji trafiły na rynek w tym samym, 1983 roku... Co prawda, pierwszy z wymienionych zespołów już w roku 1982 zarejestrował nagrania koncertowe na płytę, która miała być oficjalnym debiutem opolan, ale ze względu na specyficzną sytuację wydawniczą, album "Live" został opublikowany już po wydaniu studyjnej "jedynki" TSA...
Ja w poruszonej powyżej kwestii mam zdanie zdecydowane – pierwszym zespołem metalowym w PRL było TURBO. Ich "Dorosłe dzieci" brzmiały jak wczesny heavy metal z silnymi jeszcze co prawda, ale już tylko pozostałościami po hard rocku. Natomiast TSA grało, zwłaszcza na początku, zmetalizowanego hard rocka. Ówczesny basista zespołu, Janusz Niekrasz tak wypowiadał się na ten temat: "Czasem porównywano nas z AC/DC. Na pewno były jakieś wpływy, bo myśmy ich wtedy słuchali" (cyt. za "Ten gitarowy huk. Historia zespołu TSA", aut. Maciej T. Nowak). Osobiście uważam, że jeszcze bliżej niż do AC/DC było polskim rockmanom do szwajcarskiej grupy KROKUS. Ale ta raczej nie była wówczas zbyt popularna w Polsce... Jeszcze innego zdania był wokalista TSA, Marek Piekarczyk, który przekonany był, iż muzykę na pierwszy właściwy album grupy "zrobiono pod wpływem koncertu Budgie" (cyt. jak wyżej) Jakby się sprawy rzeczywiście nie miały, wyjątek w tych wszystkich porównaniach stanowi jeden ze sztandarowych utworów TSA, "Trzy zapałki". Niemiłosiernie nieoryginalny, stanowi jakby przerysowaną przez muzyczną kalkę, kopię "Since I've Been Loving You" LED ZEPPELIN...
Przejdźmy zatem do pierwszej studyjnej płyty TSA, która... pozbawiona była tytułu. Od dominującego na okładce koloru, zyskała przydomek "Czerwona". Sesję nagraniową, która trwała 12 dni, rozpoczęto 15 października 1983. Nagrań dokonano w "Wawrzyszewie", czyli studiu Krajowej Agencji Wydawniczej, usytuowanym w Warszawie. Od strony technicznej, "nad realizacją nagrań czuwali Wojciech Przybylski i Jarosław Regulski a współpraca zaowocowała świetnym brzmieniem (...) Gitary grały mocno, a perkusja potężnie i dynamicznie" (cyt. jak wyżej). Wspomnianą potęgę brzmienia słychać zwłaszcza w zamykającym program albumu utworze "Bez podtekstów". Tutaj dosłownie, wychodząc z "dociążonego" hard rocka, uzyskano miażdżącą wręcz muzyczną potęgę... Utwór poraża prostym, ale bardzo efektywnym riffem gitary, na temat którego jeden z rodzimych dziennikarzy stwierdził kiedyś, że jest to "bodaj najlepszy riff w historii naszego rocka" (cyt. jak wyżej). Oszałamiająca muzyka "doprawiona" została "poezjująco-kontestatorskim tekstem" (cyt. za TERAZ ROCK, nr 11 (153) listopad 2015) , którego współautorami byli Jacek Rzehak i Marek Piekarczyk. I jeżeli by wskazać najlepszy fragment "Czerwonej" płyty TSA, to bez wątpienia byłoby to właśnie "Bez podtekstów".
Dla kronikarskiego porządku – osiem utworów składających się na program eponimiczneg debiutu TSA, zarejestrowano w składzie: Marek Piekarczyk – wokal, Andrzej Nowak i Stefan Machel – gitary, wspomniany już Janusz Niekrasz na gitarze basowej oraz Marek Kapłon na perkusji. Ciekawostką jest, że podczas tej samej sesji nagraniowej, zarejstrowano również utwór zatytułowany "Marsz wilków", przeznaczony na ścieżkę dźwiękową filmu "Akademia Pana Kleksa"...
I tradycyjnie juź, reasumując – pomimo niejednego podejścia i niejednej próby, osobiście nadal opieram się czarom i urokom "Czerwonej" płyty TSA. Co nie zmienia faktu, że utwory na niej zawarte, miały ogromny wpływ na rzesze entuzjastów "mocnego uderzenia" w PRL. I już z racji tego, spokojnie można uznać omawiany album za pomnikowy. Taki, który powinien znać każdy miłośnik ciężkich brzmień!


Komentarze

Popularne posty