Wypełniwszy swoje moralne zobowiązanie do nadrobienia zaległości w temacie muzyki metalowej, poczułem się wolny. Bo choć słuchanie tych wszystkich płyt było wielką przyjemnością, to jednocześnie odczuwałem to jako powinność. Prawdę powiedziawszy, uległem chyba syndromowi FOMO, przeniesionemu na sferę muzyczną. Wracając do meritum – wewnętrzne poczucie wolności niespodziewanie ma posmak... pustki. Owszem, w końcu mam czas na słuchanie płyt koncertowych (ten temat dotychczas zaniedbywałem), mam czas, żeby "odkurzyć" płyty dawno niesłuchane, na sprawdzenie albumów, które opisywane były w czasopismach muzycznych... ale i tego wszystkiego jest za mało. I doszło do tego, że ku mojemu własnemu zdumieniu, zabieram się za słuchanie... punk rocka! Tak, tak. Zawsze unikałem przedstawicieli tego gatunku muzycznego, poza kilkoma wyjątkami, które policzyć można by było na palcach dwóch rąk...
Tak samo jak w przypadku filmów, tak i w muzyce pociąga mnie to co stare... Jak więc miałbym rozpocząć zgłębianie tematu punk rocka, jeżeli nie od płyty zespołu, który po dziś dzień uznawany jest za jednego z protoplastów rzeczonego gatunku – NEW YORK DOLLS. Pierwsza płyta formacji, pozbawiona tytułu, wydana została w roku 1973, a więc kilka lat przed wybuchem punkowej histerii w Anglii. Oko potencjalnego nabywcy krążka przykuwa już sama okładka, na której widzimy pięciu osobników, wyglądających bardzo wyzywająco i prowokująco – natapirowane fryzury, buty na wysokich obcasach, ostry makijaż. Wpływy estetyki wizualnej glam rocka były tu ewidentne. Ale co ciekawe, image chłopaków z New York Dolls okazał się być wiele inspirujący dla rzeszy działających w latach 80 kapel zaliczanych do tzw. glam metalu. Kojarzycie zespół POISON?
Przejdźmy do muzyki, jaką można usłyszeć na debiucie NEW YORK DOLLS. No więc, tak naprawdę to dostajemy tutaj porcję rocka spod znaku... The ROLLING STONES. Fakt, jest to zagrane nieco ostrzej, bardziej surowo, ale naprawdę łatwo wyłapać podobieństwa. Zwłaszcza, gdy do gry włącza się pianino, i całość nabiera klimatu "boogie". No generalnie przez większą część czasu trwania płyty możemy posłuchać sobie całkiem przyjemnego rocka. Wyraźnie "mocniej", i jednocześnie ciekawiej robi się w dwóch kawałkach – "Vietnamese Baby" oraz "Bad Girl". W tych przypadkach używanie terminu "proto-punk" jest już jak najbardziej uzasadnione...
Konkludując – pierwszy album NEW YORK DOLLS to tak naprawdę nic niezwykłego. Ot, taka ciekawostka dla tych, którzy lubią "grzebać" w muzycznych starociach. Można posłuchać, jak głęboko sięgały korzenie punk rocka. Ale tak naprawdę słuchanie tego krążka to rozrywka na co najwyżej kilka razy...
Komentarze
Prześlij komentarz