Słowem o muzyce: GENESIS "Trespass" (1970)



W swoim życiu przesłuchałem już całą masę płyt. Większość z nich podoba mi się wyrywkowo, tzn. podobają mi się tylko pojedyncze utwory, do których wracam często i chętnie. Ale są też i takie płyty, które podobają mi się słuchane od początku do końca, a z których nie jestem w stanie wybrać nawet jednego utworu na jakiś składak typu "the best of.." (po polskiemu – "moje ulubione"). Jedną z takich niezwykłych płyt jest "Trespass" zespołu GENESIS.
Muzyka z rzeczonego albumu jest dobrym odzwierciedleniem okresu transformacji w jakim wówczas znalazł się zespół. Chcąc odejść od popowej błahości swojego debiutu, poszukiwali i eksperymentowali z dźwiękiem, chcąc łączyć różnorakie elementy w ramach jednego utworu. To iście progresywne podejście do materii muzycznej. Jednocześnie słychać też moim zdaniem, że Gabriel, Banks, Phillips, Rutherford oraz Mayhew czuli się niepewnie, a ich umiejętności gry na instrumentach były jeszcze dalekie od wirtuozerii. Słuchając "Trespass", mam czasami wrażenie, że ta muzyka jest na tyle krucha, że zaraz to wszystko się rozleci...
Jest jednak w drugiej płycie GENESIS coś jeszcze. Coś co przesądza o tym, że ten krążek jest taki wyjątkowy, a co trudno opisać dobrze słowami. Każdy z utworów ma swój specyficzny klimat, atmosferę... "Visions of Angels" jest anielskie, w "White Mountain" gra instrumentów dobrze oddaje pęd pościgu wilków, "Dusk" jest trochę odrealnione, oniryczne... Najbardziej z całego zbioru wyróżnia się gwałtowne "The Knife". Rzadko kiedy GENESIS grali aż tak "ostro". Celowo w ostatnim słowie użyłem cudzysłowu, gdyż niestety ostrze tego utworu zostało mocno stępione przez brzmienie, które niezbyt dobrze oddaje siłę rażenia tych dźwięków...
Reasumując... pomimo swoich wad, "Trespass" jest bardzo interesującym świadectwem tego, jak formował się rock progresywny. Najpiękniejsze w tej płycie jest to, że w całości jest ona czymś więcej niż tylko sumą poszczególnych utworów. A to zdarza się w muzyce niezwykle rzadko...
Poza samą muzyką, warto znaleźć czas by kontemplować niezwyczajną okładkę albumu. Obraz autorstwa Paula Whiteheada oczywiście robi wrażenie dopiero, gdy mamy przed oczami całość rozłożonej obwoluty. Wówczas sielski klimat frontu zostaje zaskakująco skontrastowany przez widniejący na rewersie, ozdobny nóż... Ciekawą opowieśc na temat powstawania tego wizualnego dzieła możecie poznać, czytając wspaniałą księgę "GENESIS. W krainie muzycznych olbrzymów", autorstwa Łukasza Hernika. Dodać jedynie należy, że okładka do "Trespass" była pierwszą z nieformalnego tryptyku, jaki Paul Whitehead stworzył na potrzeby wydawnictw zespołu.

Komentarze

Popularne posty