GENESIS "Seconds Out" (1977)


W pierwszym numerze czasopisma Tylko Rock, w recenzji tej płyty, oprócz pochwał (płycie przyznano 4 gwiazdki na 5 możliwych), znalazła się również taka uwaga: "Większość utworów przedstawiono jednak w opracowaniach bardzo zbliżonych do pierwowzorów studyjnych". Kwestię tę poruszono także po 20 latach, w numerze specjalnym Tylko Rock. Wówczas to recenzent zaznaczył, że: "przydałoby się, by panowie (...) trochę więcej podłubali w swoich kompozycjach i pozmieniali je w stosunku do studyjnych pierwowzorów". Na "Seconds Out" muzycy GENESIS po prostu zbyt kurczowo trzymali się tego, co uwiecznili na albumach studyjnych, przez co ta koncertówka nie daje nam zbyt wiele nowego. Za taki "czynnik" uznać można jedynie wokal Phila Collinsa w utworach, w których pierwotnie śpiewał jego poprzednik. Ale wyłapywanie niuansów w partiach wokalnych może być zajmujące jedynie na krótki czas. No, jest jeszcze Bill Bruford, grający na perkusji w jednym z utworów...

... jednakże wierne odtwarzanie oryginałów nie jest wcale największą bolączką tej płyty. Nie jest nią również fakt, że słuchając jej, możemy się nieźle wynudzić. A to dlatego, że gra muzyków pozbawiona jest, tej jakże cenionej, koncertowej energii. Większa część muzyki brzmi po prostu niemrawo – dającym radość wyjątkiem jest w tej materii "The Cinema Show", w którego części instrumentalnej muzycy jakby złapali wiatr w skrzydła... Wspomniana przeze mnie mała dynamika wykonawcza potęgowana jest również przez taki a nie inny dobór materiału zagranego podczas koncertów... Cały zestaw otwierają spokojne / balladowe "Squonk" i "The Carpet Crawlers". Następujące po nich "Robbery, Assault i Battery" też nigdy nie powalało swoją muzyczną energią. A tuż po tym słuchamy kolejnej ballady – "Afterglow", kóre w wersji "live" pozbawione zostało studyjnego uroku... Po wymienionych, GENESIS zabrali się za bardziej dynamiczne "kawałki", lecz coś ewidentnie nie wyszło... W jakimś stopniu jest to zapewne spowodowane tym, że w wyniku wewnątrz zespołowych tarć, partie gitarowe Steve'a Hacketta zostały mocno "przyciszone" (jak to przyznawał sam Tony Banks). Lecz największym problemem całego "Seconds Out" jest właśnie kiepska setlista...
...na początek trzeba wziąć pod uwagę, że koncerty nagrywano podczas trasy promującej wspaniałą "Wind & Wuthering" – z niej tylko jeden utwór trafił na "Seconds Out" (wspomniane już "Afterglow"). Reszta pochodzi z "A Trick of the Tail" - teoretycznie cztery utwory. Piszę teoretycznie, gdyż wspaniałe "Dance On a Volcano" zostało tutaj brutalnie zmasakrowane; dwa utwory z "The Lamb Lies Down on Broadway"; trzy z "Selling England By the Pound" – zamiast przereklamowanego "I Know What I Like...", zdecydowanie powinno było się tu znaleźć wspaniałe "Dancing With the Moonlit Knight"; z "Foxtrot" możemy posłuchać "Supper's Ready", a z "Nursery Cryme" jedynie fragmentu klasycznego "The Musical Box". Bardzo brakuje chociażby "White Mountain" z "Trespass", które zespół przecież grał na koncertach w roku 1977. Brakuje również kilku innych klasyków grupy – "The Knife", "The Return of the Giant Hogweed", "Get'em Out By Friday"... Ktoś może krzyknąć, że zespół nie chciał sie powtarzać, zważywszy na program wydanej w 1973 płyty "Live". Ale wszyscy dobrze wiemy, że rzeczone "Live" cierpiało przede wszystkim przez brzmienie, dalekie od "szałowego"...
...w roku 1977 Tony Banks i jego koledzy mieli okazję dać swoim fanom coś naprawdę wspaniałego, wyjątkowe podsumowanie progresywnego okresu działalności swojego zespołu. A rzucili na rynek "rzecz" wielce rozczarowującą. I niezmiernie dziwi mnie fakt, że "Seconds Out" doszło do 4 lokaty na brytyjskiej liście sprzedaży, i do miejsca 47 na Billboard 200 w U.S.A. Ja po przesłuchaniu tego materiału mam stan traumatyczny i raczej będę te nagrania omijał szerokim łukiem. A jak Wy oceniacie ten album? Czekam na Wasze opinie w komentarzach.

Komentarze

Popularne posty