The DOORS "Live At the Isle of Wight Festival 1970"
Czy do zagrania dobrego koncertu, zespołom niezbędne są monstrualnych rozmiarów nagłośnienie, oślepiające widzów systemy oświetleniowe, wyszukana scenografia? Otóż okazuje się, że niekiedy wystarczą jedynie umiejętności muzyków, ich charyzma, no i oczywiście trochę szczęścia. I nawet tak skromny wizualnie występ może na stałe zapisać się w pamięci widzów...
30 sierpnia 1970 roku The DOORS zagrali swój ostatni koncert poza U.S.A., i jeden z w ogóle trzech ostatnich z Jimem Morrisonem w składzie. Miało to miejsce w ramach owianego już legendą Isle of Wight Festival, nazywanego przez wielu ostatnim wielkim festiwalem. Wszyscy Ci, którzy z oczywistych przyczyn nie mogli tam wówczas być, po latach mogli cieszyć oczy i uszy filmem koncertowym i płytą CD, które wydano w roku 2018.
Występ Dorrsów zapowiadał się na katastrofę. Według notki informacyjnej, którą możemy przeczytać na początku filmu dokumentującego to wydarzenie, muzycy i ekipa techniczna The DOORS nie byli świadomi, że powinni zabrać swoje własne oświetlenie. Inne źródła podają, że to to Jim Morrison nie życzył sobie używania jaskrawych reflektorów. Efekt był taki, że muzycy, których występ rozpoczął się około godziny 2 nad ranem, grali w ciemności przemieszanej z intensywną czerwienią jednego reflektora. Wizualny efekt, choć oczywiście skromny i surowy, był niezwykły...
... ale to, czy dany występ The DOORS okaże się porażką, czy sukcesem, zależało za każdym razem przede wszystkim od dyspozycji wokalisty. Tym razem Morrison podołał zadaniu. Ubrany w skromny, ciemny strój, z twarzą skrytą za obfitym zarostem, większość koncertu śpiewał z zamkniętymi oczami. Uczepiony swojego mikrofonu, ledwo się poruszał. Ale właśnie nie ze względu na jakąś niedyspozycję. Choć zdawał się przebywać w innym wymiarze, jego głos pełen był mocy i głębi. A gdy trzeba było, Jim potrafił przejmująco wrzeszczeć... Jego koledzy z zespołu również zachowywali się w sposób bardzo "stonowany", skoncentrowani na swojej grze. Zanurzeni w klimacie tego nocnego, muzycznego misterium. Klimacie, który sami jednocześnie kreowali... Oczywiście, John Densmore musiał wykazywać się większą ruchliwością niż jego kompani, ale i tak montaż filmu został podporządkowany podkreśleniu niezwykłego nastroju, jaki wówczas zapanował...
... ktoś może powiedzieć, że to nuda, że na scenie nic się nie dzieje, i że nie ma czego oglądać. Ale to nie prawda. Sekwencje z zespołem poprzetykane są nagraniami ukazującymi publiczność, która przybyła bardzo licznie na to muzyczne święto – publiczność kolorową, uśmiechniętą, ale też odlatującą, czy podpalającą płot... W ogólnym ujęciu jest to więc wspaniała lekcja z rockowej historii..
Jak może niektórzy z Was pamiętają, zdecydowanie nie jestem fanem The DOORS. Z ich całej dyskografii ulubiłem sobie jedynie 11 utworów. Z tej jedenastki, na omawianym koncercie muzycy zagrali aż / tylko jeden utwór. Więc tym bardziej, to że tak wychwalam to nagranie, powinniście wziąć za dobrą monetę. Doprawdy, "Live at the Isle of Wight Festival 1970" to prawdziwa uczta dla fanów starego rocka i zdecydowanie polecam Wam się skusić, zwłaszcza na wersję wideo...


.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz