JUDAS PRIEST "Painkiller" (1990) cz. 1


Po raz pierwszy fragmentów "Painkiller" słuchałem ze składanki "Metal Works", podsumowującej działalność JUDAS PRIEST w latach 1973 – 1993. Zamieszczono tam m.in. utwór tytułowy ze wspomnianego albumu, skróconą wersję "Metal Meltdown" oraz "A Touch of Evil" i "Night Crawler". Po takiej zachęcie, apetyt na przesłuchanie całości miałem ogromny. Problem tkwił w tym, że w moim rodzinnym mieście nikt nie miał Painkiller'a...

Na piracką kopię albumu natrafiłem właściwie przypadkiem, dopiero w liceum. Jeden z moich znajomych (który chyba już od dawna nie interesuje się metalem) wygadał się, że owszem, ma "Painkiller". Co prawda, na pirackiej kasecie, i w dodatku trochę zjechanej... Ale to były tylko szczegóły. Radość z faktu, że w końcu "dorwałem" tę płytę w całości, była ważniejsza, niż wszelkie niedogodności natury technicznej. Zaraz po lekcjach, pognałem w te pędy do mojego kumpla, który tak jak ja, był podjarany możliwością odsłuchu "Painkiller" w całości. No i w salonie jego rodziców stała stara, porządnej jakości wieża hi-fi. Odpaliliśmy więc kasetę i... szczęki nam opadły!!! No bo przecież "Painkiller" to jedno z arcydzieł metalu! Nie mogę zdecydować się na jednoznaczne określenie "heavy metal", gdyż na równych prawach wybrzmiewa w tych nagraniach zarówno "power metal", jak i "speed metal"... Całość jest bardzo melodyjna, ale przy tym większość utworów jest jak na Judasów bardzo gwałtowna, część utrzymana nawet w agresywnym tonie – taki "Night Crawler" nieustannie przyprawia mnie o ciarki na plecach. Wyjątkiem w tym całym muzycznym "zestawie" jest bez wątpienia powolny, emanujący aurą tajemniczości i podniosły "A Touch of Evil". Jakość poszczególnych utworów rozpięta jest pomiędzy "rewelacyjne", a bardzo dobre". I tylko miniatura "Battle Hymn" jest mało znaczącym dodatkiem...
Bardzo istotnym "składnikiem" w procesie komponowania materiału na omawianą płytę, bez wątpienia okazał się talent nowego perkusisty. Został nim grający wcześniej w "wyczynowym" RACER-X, Scott Travis. Wspaniała próbka jego umiejętności otwiera całą płytę. To właśnie dzięki grze Travisa, reszta zespołu mogła wreszcie mocno podkręcić tempo swojej muzyki, na co mieli ochotę już wcześniej, o czym świadczy kilka fragmentów poprzedniego albumu grupy, czyli "Ram It Down". Poprzedni pałker, Dave Holland, nie był w stanie na dłuższą metę grać w tak zawrotnych prędkościach, ani "doprawiać" utworów wymagającymi technicznie zagrywkami. Z procesem nagrywania materiału na "Painkiller" związana jest jeszcze ciekawostka. Mianowicie, Don Airey, który ubarwił kompozycje syntezatorowym tłem, odpowiadał również za... partie basu, zarejestrowane przy użyciu syntezatora! Rzekomo uczyniono to dla uzyskania odpowiedniego brzemienia, ale niewątpliwie cała sprawa jest co najmniej dziwna... Pomimo użycia tak wielu "syntetycznych" środków wyrazu, reszta brzmi bardzo organicznie – dźwięk pomimo, że bardzo sterylny, niepozbawiony jest mocy. Gitary tną powietrze niczym miecz samuraja, perkusja ma odpowiedniego kopa (na jej przykładzie można stroić sprzęt grający), a Rob Halford był w swojej życiowej formie, śpiewając z niesamowitą pasją i wyraźnie słyszalnym nerwem w głosie...
W opinii mojej i wielu innych ludzi, "Painkiller" jest największym sukcesem artystycznym JUDAS PRIEST. Oczywiście, nie wszyscy się z tym zgadzają... ale to już temat na kolejny wpis.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

P.S. autorem okładki "Painkiller" jest Mark Wilkinson.

Komentarze

Popularne posty