Słowem o muzyce: ATHEIST "Unquestionable Presence" (1991)


Dzisiaj chciałbym "krótko" napisać o jednej z najbardziej niezwykłych płyta w historii ekstremalnego metalu. A będzie krótko, bo po prostu nie mam w swoim słowniku wystarczającego zasobu słów, żeby opisać niesamowitość "Unquestionable Presence" zespołu ATHEIST...

Ci, którzy są w temacie, wiedzą doskonale, że muzycy ATHEIST ustawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko już swoim debiutem, "Piece of Time". A na "Unquestionable..." nie tylko tę poprzeczkę spokojnie przeskoczyli, ale katapultowali się w metalową nadprzestrzeń. Rzeczona płyta to pierwszy znany mi przypadek wprzęgnięcia pomysłów i rozwiązań zaczerpniętych z jazzu w świat muzyki metalowej. Opisanie tej płyty określeniem "Jazz metal" bbyłoby chyba bardzo zasadne... Struktury kompozycji są bardzo fluktuacyjne – nie oczekujcie tutaj tradycyjnego układu wstęp, zwrotka, solo, zwrotka, refren, solo, itd. Gitarowe riffy wygrywane przez Schaeffera i Burkey'a, zmieniają się jak w kalejdoskopie, doprawiane bardzo aktywnym basem, którego partie wprawiają w zachwyt. A to co wyrabia perkusista, Steve Flynn, jest po prostu... trudne do ogarnięcia. Mam wrażenie, że "pałker" cały czas gra solo na swoim instrumencie, z rzadka tylko pozwalając sobie na miarowe wybijanie rytmu. A jeżeli już to robi, to trwa to bardzo krótko...
Choć zespół ATHEIST ma swoje korzenie w brutalnym thrash metalu i w death metalu, to "Unquestionable Presence" zdecydowanie nie jest płytą death metalową. Nie chodzi tylko o to, że utwory mają zupełnie inną konstrukcję, nie tylko o te wpływy jazzowe. Chodzi też o to, że muzycy zrezygnowali z mocarnych, "typowych" dla death metalu riffów, jak również o brzmienie, tak odmienne od większości zespołów, które nagrywały wówczas w Morrisound Studio, ze Scott'em Burns'em za konsoletą. Ta muzyka brzmi o wiele lżej, choć tak jak napisałem, jest to bez wątpienia metal ekstremalny. O odmienności tego materiału decyduje również niestandardowy (przynajmniej jak na tamte czasy) sposób artykulacji wokalnej, jaką posłużył się Kelly Schaeffer. To nie jest growling, a mieszkanka krzyku, wrzasków, momentami bardziej czystego śpiewu... po prostu ciężko to opisać.
Z tworzeniem "Unquestionable Presence" związana jest również niestety tragedia. Otóż, utwory były komponowane z udziałem oryginalnego basisty zespołu, którym był Roger Patterson. Niestety, zginął On w wypadku samochodowym przed rozpoczęciem procesu rejestracji albumu. W studiu nagraniowym zastąpił go nie mniej utalentowany Tony Choy.
Pamiętam, że "Unquestionable Presence" zrobiła na mnie spore wrażenie już przy pierwszym odsłuchu. Ale z perspektywy lat, zdaję sobie sprawę, że choć ją (płytę znaczy się) podziwiałem, to chyba jednak nie do końca ją rozumiałem. Potrzebowałem naprawdę sporo czasu, żeby w pełni docenić tę muzykę. Tak jak pisałem na samym początku – jest to jedna z najbardziej niezwykłych płyt w historii metalu. Dość powiedzieć, że nawet Chuck Schuldiner w roku 1991 był daleko w tyle za ATHEIST. Ale stało się tak, że to "Human" DEATH został jedną z najbardziej popularnych płyt w gatunku technicznego metalu, a dzieło ATHEIST, choć docenione przez krytyków, nie przyniosło jednak grupie zasłużonego uznania wśród szerokich mas słuchaczy...
I co ja się tu będę dalej rozwodził... Jeżeli lubicie muzykę nieszablonową i "extremalnie" wręcz ambitną, to koniecznie posłuchajcie "Unquestionable Presence".

P.S. autorem okładki był Justice Mitchell.

Komentarze

Popularne posty