Słowem o muzyce: GENESIS "Wind & Wuthering" (1976)


Niektórzy twierdzą, że kocha się za coś, inni – że kocha się nawet wbrew... I w takim duchu chciałbym dzisiaj "skrobnąć" kilka zdań na temat płyty "Wind & Wuthering" GENESIS. Ale żeby nie było tak samo jak zazwyczaj, to zacznę inaczej niż zwykle – od kilku cytatów...

"(...) podobna do poprzedniej, a jednak zdecydowanie słabsza. Kompozycje bardziej rozbudowane formalnie robiły wrażenie przegadanych muzycznie (...), melodie tu i ówdzie ocierały się o banał (...), syntezatorowe brzmienie – stopniowo ujednolicane – zaczynało nużyć, a wykonanie wydawało się chwilami zbyt apatyczne (...) W niektórych tekstach widać już było ciążenie ku stereotypom muzyki popularnej (...) (Tylko Rock, Numer 1, Wrzesień 1991).

"Album ma momenty świetne, ale jako całość jest wyraźnie słabszy od poprzedniego. Czasami dochodzi tu bowiem do sytuacji, że kompozycja zawiera fragmenty i frapujące i... jakby zbędne" (Genesis. Po całości. Kolekcja Teraz Rock).

"nawet dziś, po z górą trzydziestu latach, Wind & Wuthering świeci najjaśniejszym blaskiem. Trudno wskazać płytę, która lepiej odzwierciedla magię Genesis: epicki dramatyzm, dystyngowane, "symfoniczne" brzmienie, ulotna melodyjność, karkołomne, choć wyważone solówki, a także szczypta romantyzmu – wszystko na jednym krążku" (Łukasz Hernik, "Genesis. W krainie muzycznych olbrzymów", Wydawnictwo In Rock, 2007).
Na pewno nie sposób nie zgodzić się z niektórymi z przytoczonych powyżej zarzutów. No bo gdy "rozłożymy" ósmy studyjny album GENESIS na czynniki pierwsze, tj. będziemy rozpatrywali każdy utwór z osobna, to po prawdzie odczucia mogą być dalekie od zachwytu. No bo w menu mamy co następuje: trzy długie, urozmaicone, epickie kompozycje – Eleventh Earl of Mar, One For the Vine, All In a Mouse's Night. Choć bez wątpienia zawierają one wiele wspaniałych muzycznie fragmentów, to momentami faktycznie mogą robić wrażenie "przegadanych"; mamy aż trzy ballady – Blood on the Rooftops, Afterglow oraz Your Own Special Way – zwłaszcza ta ostatnia zbudowana została z mocno zalatujących jednak muzycznym banałem elementów (zarówno muzycznych jak i tekstowych) i na pewno nie jest niczym specjalnym; mamy trzy kompozycje instrumentalne, z których każda ma potencjał, którego muzycy nie rozwinęli w odpowiednim stopniu – nie można ich zapamiętać nawet po wielokrotnym przesłuchaniu.
Na początku mojego wpisu wspomniałem jednak o "miłości". Tak kocham tę płytę. Jest bowiem coś magicznego w "Wind & Wuthering". Coś co sprawia, że ten krążek jest czymś więcej niż tylko sumą poszczególnych utworów. Chodzi o tę dźwiękową magię, o atmosferę w jaką Banks – Rutherford – Collins i Hackett "ubrali" wszystkie utwory na płycie. To właśnie ta magia i atmosfera tworzą z poszczególnych kompozycji spójną całość, której nie powinno się "rozrywać". Wraz z pierwszymi dźwiękami albumu zanurzamy się w świat z lekka oniryczny i tajemniczy. Fakt, zazwyczaj maluje się on w smutnych, nostalgicznych i melancholijnych barwach. Niekiedy robi się nawet mrocznie. Najistotniejsze jest, że tak jak i w snach, tak i podczas seansu z tym albumem dalecy jesteśmy od codziennej realności, a rozum zawodzi... Takie właśnie ja mam odczucia słuchając "Wind & Wuthering", kiedy nie zważając na nic śpiewam razem z Collinsem ten z lekka kiczowaty refren "Your Own Special Way" i kiedy przy każdym odsłuchu wzruszam się przy tym przepięknym "przełamaniu" melodii w "Afterglow". Jestem wobec tej płyty bezbronny... Jest to ostatnia z wielkich, prawdziwie progresywnych płyt GENESIS. Nie będę powtarzał niezwykle trafnych określeń użytych przez Ł. Hernika. Dodam jedynie od siebie, że gdy po trasie koncertowej promującej "Wind..." ze składu odszedł Steve Hackett, wraz z nim zniknęła prawie cała rockowa energia i prawie cała magia... A gdy zostało ich trzech, już rzadko kiedy "dobijali" do tego wysokiego poziomu, a nawet jeżeli, to robili to w zupełnie innym stylu...
I jeszcze kilka suchych faktów – "Wind & Wuthering" osiągnęło 7 i 26 lokatę na listach sprzedaży w (odpowiednio) Anglii i U.S.A. W ojczyźnie muzyków, przyznano im Złote Płyty za sprzedaż "Wind..." już w roku 1977, w U.S.A. dopiero w roku 1990.
W ramach krótkiego podsumowania – ja kocham "Wind & Wuthering" pomimo jej wad. I o ile jeszcze nie mieliście okazji posłuchać tego albumu, to zdecydowanie Wam polecam i namawiam!!!

Autorem okładki jest Colin Elgie, który pracował wówczas dla sławnego studio Hipgnosis.

Komentarze

Popularne posty