MEGADETH "Youthanasia" (1994)
Jedną z najczęściej słuchanych przez mnie płyt MEGADETH jest "Youthanasia". Szósty studyjny album zespołu jest w ich dyskografii pozycją wyjątkową. Nie najlepszą, ale właśnie wyjątkową. Ale po kolei...
W roku 1994 ekipa dowodzona przez Dave'a Mustaine'a była wciąż na wznoszącej fali sukcesu. Dla krótkiego przypomnienia – "Rust In Peace" okazał się być nie tylko sporym sukcesem komercyjnym, ale z perspektywy lat przede wszystkim największym osiągnieciem artystycznym MEGADETH. Z kolei "Countdown To Extinction", choć starzeje się trochę gorzej, to do tej pory pozostaje największym sukcesem komercyjnym zespołu – osiągnął drugą lokatę na liście Billboard 200. Niejako wbrew tym wszystkim dobrym omenom (nawiązanie do klasyka grupy celowe), w przededniu tworzenia materiału na "Youthanasia", relacje na linii Mustaine – reszta składu, były mocno napięte. Pozostali muzycy, tj. David Ellefson, Marty Friedman i Nick Menza "domagali" się większego wpływu na muzyczne oblicze formacji. Ryży Dave w końcu przystał na postulaty swoich kompanów...
Muzycznie, "Youthanasia" ma bardzo niewiele wspólnego z thrash metalowymi poprzednikami. W wielkim skrócie – wszystkie utwory są sporo wolniejsze i przede wszystkim o wiele bardziej melodyjne niż to wcześniej bywało w przypadku tek kapeli. Zapomnijcie o jakichkolwiek karkołomnych, wyczynowych riffach, o zaskakujących zwrotach w obrębie poszczególnych kompozycji. Tego tu po prostu nie ma. No tak, powie ktoś – ale przecież już na "Countdown..." wszystko było bardzo "miło" dla ucha poukładane. I tak, zgodzę się z takim argumentem. Co jednak stanowczo wyróżnia wszystkie piosenki (w tym przypadku to bardzo adekwatne określenie) z "Youthanasia", to poziom ich nasączenia melodiami. Całość naprawdę bardzo łatwo wpada w ucho i zostaje w pamięci na bardzo długo. Nie wierzycie? No to kilka przykładów – obłędne (w pozywytnym tego słowa znaczeniu" refren z "Addicted To Chaos", "I Thought I Knew It All", czy całe "Blood of Heroes" i "A Tout le Monde". Ostatni z wymienioncyh utworów to pierwsza w dziejach MEGADETH ballada, która naprawdę potrafi poruszyć najtwardsze metalowe serca. Utwór ten, wydany na singlu, był jedną z lokomotyw marketingowych, które wywindowały krażek na 4 miejsce listy Billboard 200. A propos lokomotywy – kolejarska tematyka pojawia się w tytule i tekście innego z utworów promujących płytę – "train of Consequences". Ten z kolei rozpoczyna się naprawdę wyśmienitym riffem, który jest jednym z nielicznych odwołań do nie tak dawnych poczynań tego składu. Do tego "worka" można by jeszcze wrzucić całe "Black Curtains", choć też nigdy wcześniej Dave i jego koledzy nie zagrali tak powolnie i miażdżąco. No i jeszcze w utworze tytułowym słyszymy w pewnym momencie wspaniały thrash metalowy riff... W zamykającym stawkę "Victory" możemy usłyszeć wyliczankę tytułów starych kawałków MEGADETH. I to by było na tyle. Reszta jest jak juz kilka razy wspominałem – bardzo melodyjna. Ale nie jest to żaden heavy metal. Najbardziej trafnym określeniem zdaje się być tak chętnie używany przez recenzentów termin 'klasyczny metal", choć tak naprawdę niewiele to znaczy dla kogoś, kto nie jest w temacie...
Tak wiele razy wspominana "melodyjność" materiału (nie moja wina, że muzyka na "Youthanasia" jest tak... melodyjna) doprowadziła też do kilku wypaczeń. Jak dla mnie przegięciem jest przede wszystkim utwór "Elysian Fields". Tutaj Panów za bardzo pociągnęło już w stronę jakiegoś kiepskiego AOR. W dodatku słyszmy tutaj instrument, za którym nie przepadam i który pasuje do metalu jak ciężka fizyczna praca do feministek... A mam na myśli harmonijkę ustną. Harmonijkę możemy usłyszeć również w "Train of Consequnences", lecz w tym utworze partia tego instrumentu została tak pomysłowo i trafnie wpasowana, że ku mojemu zdziwieniu naprawdę nie razi, a wręcz jest integralnym składnikiem tkanki muzycznej.
Pomimo tego, że od premiery "Youthanasia" minęło już blisko 30 lat, to album ten ciągle brzmi bardzo dobrze. Sterylnie, czysto, "przejrzyście", a jednocześnie instrumenty brzmią ciężej niż na dosyć "płaskim" Countdown...". Uwaga! Dla tych, którzy być może nie słyszeli jeszcze omawianego albumu. Pisząc o świetnym brzmieniu, mam na myśli oryginał. Niestety, w roku 2004 Mustaine uraczył fanów wznowieniem, które brzmi po prostu tragicznie. To wydanie należy omijać szerokim łukiem... Co ciekawe, zgodnie z pierwotnym założeniem, materiał na płytę miał być nagrywany bezpośrednio na dyski twarde komputerów. Okazało się to być jednak rozwiązaniem zbyt awangardowym (jak na ówczesne czasy) i ostatecznie skorzystano z dobrodziejstwa starych, dobrych taśm. Już jako ciekawostkę można odnotować, że muzycy dwukrotnie zmieniali studio nagraniowe, aż w końcu producent – którym ponownie został Max Norman, namówił zespół do stworzenia swojego własnego studia nagrań, ulokowanego w Phoenix, Arizona.
Autorem przykuwającej wzrok okładki jest Hugh Syme. Pomysł na obraz wzięto z fragmentu tekstu utworu tytułowego. Gdzieś w zaułkach pamięci kołacze mi się wspomnienie, że rzeczony obrazek wzbudzał kiedyś kontrowersje. Ciekawe czy w obecnych czasach w ogóle wydano by płytę z takim widoczkiem na froncie...
Album "Youthansia" osiągnął 4 lokatę na liście Billboard 200. W ciągu kilku tygodni od premiery, tytuł ten zdobył platynę za sprzedaż ponad miliona egzemplarzy w samych tylko U.S.A. W ramach promocji albumu MEGADETH ruszył w 10 miesięczną trasę koncertową, na której poprzedzały go takie zespoły jak KORN, FLOTSAM AND JETSAM, FEAR FACTORY.
Kilka słów ode mnie w ramach podsumowania – wczoraj przesłuchałem "Youthanasia" po raz kolejny. I był to naprawdę dobrze spędzony czas – ta muzyka nadal bardzo mi się podoba.


.jpg)
Komentarze
Prześlij komentarz