W roku 1977 wydana została trzecia z rzędu i ostatnia z wielkich płyt zespołu PINK FLOYD – "Animals". To na tym albumie Roger Waters przejął prawie całkowicie kompozytorskie stery w grupie, choć są pewne przesłanki pozwalające podważyć ten fakt. Otóż, dwie kompozycje, które stanowiły bazę na której zbudowano płytę – "Raving And Drooling" oraz "You've Got To Be Crazy", planowano włączyć już do repertuaru poprzedniego krążka formacji. To z kolei oznacza, że były one ogrywane i modyfikowane co najmniej przez ponad rok – niemożliwym jest, żeby przez taki okres czasu pozostali muzycy nie dorzucili czegoś od siebie... Dlatego tym bardziej należy podkreślić użyte przeze mnie określenie, że jest to płyta ZESPOŁU... kolejny LP Floydów był już bowiem autokratycznym popisem Watersa...
Zostawmy jednak powyższe dywagacje i przejdźmy do kolejnej kwestii. Dlaczego uważam, że "Animals" to ostatnia z wielkich płyt PINK FLOYD? Z jednego prostego powodu – muzyka nie została jeszcze zdominowana przez warstwę literacką, tak jak będzie to miało miejsce na "The Wall". Na omawianym albumie, choć teksty są bardzo istotne, to najważniejsza jest właśnie muzyka. A ta była... no cóż, na pewno bardzo intrygująca. Z jednej strony mamy tu niemało elementów charakterystycznych dla wcześniejszych nagrań grupy – są długie, wielowątkowe i rozbudowane kompozycje. Słuchacz może sycić się od razu zapadającymi w pamięć motywami, wyrazistymi i poruszającymi partiami Davida Gilmoura, wszystko jest podlane klawiszowym "sosem" Richarda Wrighta. Co do Nicka Masona... no cóż, robi tylko i aż swoje – nadając całości stosowny rytm i trafiając w punkt, tam gdzie i kiedy należy...
Sądząc z powyższego, niby wszystko zostało po staremu, a jednak w stosunku do "Dark Side of the Moon" i "Wish You Were Here" zmieniło się bardzo wiele. Pomimo długiego czasu trwania i niezaprzeczalnego bogactwa treści, całość zdaje się być bardziej ascetyczna niż to wcześniej bywało. Zdaje się, że muzycy zredukowali aparat wykonawczy do niezbędnego minimum, przez co całość brzmi bardziej surowo. Istotne jest również to, że poza dwiema miniaturami "Pigs On the Wing", pozostałe nagrania są dojmująco wręcz ponure. Zostało to dodatkowo podkreślone "ciemnym", gęstym brzmieniem. Są takie momenty, że to co słyszymy przyprawia Nas o ciarki na plecach - ot chociażby ten fragment "Sheep", kiedy ktoś demonicznie przetworzonym głosem deklamuje wersy "modlitwy". W połączeniu z zawartymi w tekstach socjologicznymi obserwacjami Watersa, który wskazuje choroby toczące społeczeństwo, całość robi naprawdę spore wrażenie...
Czy płyta "Animals" ma jakieś wady? Spokojnie, znajdzie się to i owo do skrytykowania. Najsłabszy moment? Kompozycja "Pigs (Three Different Ones)". Muzycy zbytnio polegali tutaj na hipnotycznych w swej naturze powtórzeniach (kłania się wspomniany ascetyzm), a najlepsze pomysły wykorzystali w pozostałych nagraniach. No ale i tak ten "słabszy" utwór to poziom mistrzowski, o jakim masy innych zespołów mogą tylko marzyć...
W momencie wydania, "Animals" wywołała spore poruszenie w branży muzycznej. Wspomniana już przeze mnie "surowość" i ponura ascetyczność muzyki skłoniły ludzi z branży do ochrzczenia zespołu mianem PUNK FLOYD... Krążek nie zbierał tak pozytywnych recenzji jak dwa poprzednie, choć z biegiem lat jest coraz bardziej ceniony. Sami muzycy chyba jednak wraz z upływem czasu zaczęli się od niego dystansować. Świadczy o tym chociażby to, że na żadnych z oficjalnych albumów koncertowych PINK FLOYD nie ma utworów z omawianej płyty.
P.S. okładkowe zdjęcie wykonane zostało pod czujnym "nadzorem" Storma Thorgersona i AUbrey'a Powell'a z HIPGNOSIS.
Komentarze
Prześlij komentarz