SŁOWEM O MUZYCE: FAITH NO MORE "Angel Dust" (1992)




Muzyka z płyty "Angel Dust" zespołu FAITH NO MORE to czystej próby rock progresywny. Zapewne wielu postukałoby się (lub mnie) w głowę, słysząc takie słowa – no bo przecież strukturalnie utwory z tej płyty nie mają nic wspólnego z tradycyjnie pojmowanym rockiem progresywnym. Nie ma długich suit, nie ma akustycznych miniatur ani w ogóle odwołań do muzyki folkowej, nie ma łączącego poszczególne utwory konceptu literackiego... Słychać co prawda instrumenty klawiszowe, ale zapomnijcie o polifonicznych, wirtuozerskich solówkach. I tyczy się to nie tylko Roddy'ego Bottum'a, ale każdego z pozostałych muzyków. Ale czy rock progresywny nie polega w swoim założeniu na przekraczaniu granic, łamaniu schematów, zrywaniu z tradycją? Z tym wszystkim właśnie obcujemy, słuchając "Angel Dust".

Na poprzednim krążku formacji, "The Real Thing", dominującą w tkance brzmieniowej była "metalowa" gitara Jima Martina. Na "Angel..." jest ona już jednym z elementów idealnie zbilansowanej rockowej mikstury. Na znaczeniu zyskał natomiast głos Mike'a Pattona, który w stosunku do wcześniejszych nagrań z FAITH NO MORE, bardzo wydoroślał jako wokalista. Nie tylko zmienił się timbre głosu, ale też (zapewne ośmielony szaleństwami MR. BUNGLE) ośmielił się on na interesujące i intrygujące eksperymenty wokalne – nie tylko ładnie i czysto śpiewa czy sugestywnie wyszeptuje ciekawe teksty, ale też wrzeszczy ile sił, próbuje sił w rapowaniu... W ogóle, Patton wykazał się dużą aktywnością w procesie komponowania materiału na "Angel Dust", co było jedną z przyczyn istotnych zmian w brzmieniu grupy.
Wracając do omawianej płyty – zebrano na niej 13 bardzo różnorodnych utworów. Czegóż w nich nie ma – są zaśpiewy cheerleaderek w "Be Aggressive", jest akordeon w "coverze" tematu z filmu "Midnight Cowboy", stylizacje na przemówienia tak popularnych niegdyś w Ameryce telewizyjnych kaznodziejów w "Land of Sunshine", pastisz nagrań uwielbianych przez gospodynie domowe szansonistów w "RV", jest kościelny w klimacie, organowo – chorałowy fragment wieńczący "Jizzlober". To wszystko (i wiele więcej) doprawiono licznymi samplami i cytatami – chociażby z twórczości Shostakovich'a, a dokładniej z fragmentu jednego z jego dzieł w wykonaniu Kronos Quartet. Ogólnie jest tego wszystkiego tyle, że głowa mała i potrzeba naprawdę wielu przesłuchań, żeby to wszystko ogarnąć, przetrawić i przyswoić.
Trzeba odnotować, iż płyta została naprawdę wyśmienicie wyprodukowana przez Matta Wallace'a przy współudziale członków FAITH NO MORE. Wszystko brzmi krystalicznie czysto i przejrzyście, dzięki czemu możemy cieszyć swoje uszy ogromną ilością smakowitych szczegółów i niuansów. Jednocześnie to brzmienie nie pozbawione jest mocy – mnie osobiście cieszy rewelacyjnie brzmiący werbel...
Reasumując – wydana w 1992 roku "Angel Dust" to kolejny dowód na to, że jeszcze w pierwszej połowie lat 90 płyta z muzyką ambitną, a nawet niezbyt łatwą w odbiorze mogła zapewnić muzykom sukces komercyjny – rzeczony krążek zadebiutował na 10 miejscu listy Billboard 200. Nadal pozostaje najlepiej sprzedającym się krążkiem w dyskografii grupy (ponad 2,5 miliona oficjalnie sprzedanych egzemplarzy). Co istotniejsze – od jej wydania minęło już 30 lat, a ludzie nadal słuchają jej z zachwytem. Tak jak ja...

P.S. autorem ikonicznej zdjęcia z okładki jest Wernher Krutein.

Komentarze

Popularne posty