BRUCE DICKINSON "Accident of Birth" (1997)




Kiedy w 1993 roku Bruce Dickinson opuszczał szeregi IRON MAIDEN, podawał różne powody swojej decyzji. Z jednej strony chciał wyrwać się z kieratu płytowo-koncertowego, w jakim zatracili się Maideni. Z drugiej strony chciał spróbować czegoś nowego w muzyce, wzbogacić swój język muzyczny o nowe środki wyrazu. Na pewno czuł się już po prostu ograniczony gorsetem norm i oczekiwań związanych z pełnieniem funkcji wokalisty jednego z największych zespołów metalowych w dziejach – dał temu wyraz nie tylko w wywiadach, ale chociażby w tekście utworu "Tears of the Dragon".

Kolejne lata przyniosły solowe albumy Dickinsona, których zawartość faktycznie mocno odbiegała od propozycji IRON MAIDEN. Wydana w 1994 roku "Balls To Picasso" to w dużym uproszczeniu był taki alternatywnie brzmiący koktajl metalu i mocnego rocka. Obiektywnie trzeba przyznać, że płyta i po latach broni się całkiem nieźle. Totalnym nieporozumieniem i straszącym do dzisiaj koszmarem okazało się natomiast wydane w 1996 roku "Skunkworks", które mocno naruszyło kredyt zaufania jaki Bruce miał u swoich fanów... Bardzo szybko, bo już w 1997 roku wydana została płyta "Accident of Birth", która okazała się być powrotem Dickinsona na "łono" muzyki metalowej. On sam przyznawał wówczas, że zrozumiał czego oczekują od niego fani i postanowił im to w końcu dać. Ot, czysty koniunkturalizm, podyktowany niepowodzeniem wcześniejszych eksperymentów...
Jeżeli mowa o "Accident of Birth" – Bruce z kolegami zaoferowali słuchaczom czysty prawie w 100% (o drobnych "zanieczyszczeniach" piszę poniżej) chemicznie heavy metal, brzmiący jednocześnie cudownie klasycznie i nowocześnie. Nowoczesna jest produkcja – mocna i czysta. Słychać każdy detal, a przy tym wszystkie instrumenty mają odpowiedniego "kopa". Klasyczną metalową proweniencję ma większość gitarowych riffów, wspaniałe refreny, czy na przykład takie chóralne zaśpiewy jakie mamy przyjemność usłyszeć w "Darkside of Aquarius". Co istotne, tkanka muzyczna została pomysłowo i umiejętnie urozmaicona wykorzystaniem gitar akustycznych ("Taking the Queen", "Omega", "Arc of Space"), pianina ("Man of Sorrows") czy różnych instrumentów smyczkowych. Nowocześniej jeżeli chodzi o sposób grania robi się tylko w utworze "Welcome To the Pit", w którym riffy okazały się być wskazówką tego, co przyniosła kolejna płyta Dickinsona...
Reasumując – jak dla mnie "Accident of Birth" to świetna płyta, prawie doskonała. Dam małego minusa za wspomniane "Welcome..." i "The Magician", które są wyraźnie słabsze od pozostałych utworów.
P.S. O powrocie do korzeni świadczyło też to, że w składzie zespołu towarzyszącego Dickinsonowi odnalazł się Adrian Smith, a okładki (było kilka wersji) przygotował Derek Riggs.

Komentarze

Popularne posty