Słowem o muzyce: TANGERINE DREAM "Zeit" (1972)
Od kilku już dziesięcioleci jestem zagorzałym miłośnikiem muzyki metalowej. Nieobce są mi więc nawet naprawdę ekstremalne "wyziewy" tego gatunku. Ot, i brutalny death metal, dawkowany z umiarem, sprawia mi przyjemność. Ostatnio jednak moje myśli krążą wokół albumu, który choć nie tylko z metalem, ale i z muzyką rockową w ogóle ma niewiele wspólnego, a mimo to, muzyka na nim zawarta jawi mi się pod pewnymi względami jako bardziej ekstremalna...
...trzeci album w dyskografii TANGERINE DREAM, zatytułowany "Zeit", to pozycja doprawdy niesamowita. Oryginalnie składały się na nią 2 płyty winylowe, na których zamieszczono jedynie cztery długie utwory – po jednym na każdej stronie. Najkrótszy z nich trwa 17 minut, najdłuższy blisko 20. I doprawdy, zawarta na tych krążkach "muzyka" jest iście przytłaczająca. Przede wszystkim, brzmi ona, jakby była prawie całkowicie pozbawiona pierwiastka ludzkiego. Zrezygnowanie z perkusji pozbawiło te nagrania rytmu. Prawie nie uświadczymy tutaj również chociażby syntezatorowego pulsu, który przebija się w kilku jedynie momentach na powierzchnię, jak bąble powietrza w potokach magmy... Brak rytmu i pulsu sprawiły, że słuchane dźwięki praktycznie pozbawione są tempa. Oczywiście, mamy wrażenie, że cała muzyczna "akcja" rozgrywana jest bardzo powoli, ale to jest już jedynie działanie naszego umysłu, który próbuje zracjonalizować to, co dobiega naszych uszu... Nie bez powodu wspomniałem przed chwilą o "potokach magmy" – każda z czterech kompozycji rozlewa się w przestrzeni niczym lawa – dźwiękowe plamy / tematy / pejzaże (czy jak to zwał), mają zatarte początki i końce. Gdy jeden gaśnie i zastyga, wyłania się z niego kolejny... Również i melodii na "Zeit" nie uświadczymy – poza krótkim fragmentem na początku "Origin of Supernatural Probabilities"...
...cechą charakterystyczną każdej z "suit" przygotowanych na omawiany album jest to, że praktycznie są one... pozbawione cech charakterystycznych. Pewnym wyjątkiem jest otwierające cały zestaw "Birth of Liquid Pleiades". Tutaj w sposób efektowny i efektywny wykorzystano dźwięki wiolonczeli, tworząc iście porażający klimat. W tej samej "kompozycji" słyszymy również "trele" syntezatora, który mi kojarzy się z nawoływaniem komputera pokładowego statku, który odwiecznie przemierza bezdroża kosmicznych pustkowi... Poza tym, jest jeszcze ten melodyjny fragment we wspomnianym już "Origin..." - i to wszystko. Poza tym mamy właściwie do czynienia z eksperymentem w dziedzinie sonorystyki... Nasz umysł nie ma się czego "chwycić". Słuchając "Zeit" sami zaczynamy czuć się jak zagubieni w przestrzeni kosmicznej...
... z tego co dotychczas napisałem, wynika, że mamy do czynienia z modelowym przykładem muzyki ambient. A ta, choć nie trafia "pod strzechy", to jednak w skali naszego globu ma przecież całkiem spore grono entuzjastów. Jest jednak coś takiego w "Zeit", co i dla miłośników ambientu może się okazać odstręczające. Tym czymś jest "kolor" tej muzyki. Oczywiście – implikuje go już sama okładka albumu, ale zaiste – "Zeit" brzmi kolorem czarnym. Wszystko tu jest mroczne. Nie bez powodu nazywa się ten album pionierskim na gruncie gatunku "dark ambient". Ja sam, choć już zdobyłem się na słuchanie tych nagrań przy zgaszonym świetle, to nie odważyłem się zasłonić okien...
..."Zeit" powinno być sprzedawane z ostrzegawczą nalepką na froncie. Istotnie, dla niektórych słuchanie tego materiału może być jak podróż, podczas której można natknąć się na swoje demony. Gdy poleciłem album mojemu przyjacielowi, ten zapytał mnie, czy w zestawie do płyty załączają sznur... Dla innych czas spędzony na odsłuchu "Zeit" może być jak swoisty rytuał oczyszczenia. Minimalizm tkanki dźwiękowej powoduje, że umysł słuchacza oczyszcza się z nadmiaru wchłanianych codziennie bodźców. Tak było w moim przypadku. Zakładam, że jednak dla większości odbiorców – zwłaszcza tych zupełnie nieobytych z taką "muzyką" – "Zeit" wywoła jedynie znudzenie, prowadzącym do odrzucenia...
P.S. autorem okładki był Edgar Froese, wówczas będący jeszcze nieformalnym liderem TANGERINE DREAM.



Komentarze
Prześlij komentarz